Po wielu latach pracy dla klientów oraz wobec tego co się dzieje wokół nas mam nieodpartą potrzebę wyrażenia swojej wierności do wpojonych mi zasad – prawdomówności, wrażliwości na drugiego człowieka, lojalności.

Dlaczego? Bo w relacji z klientem, czy partnerem w biznesie jest to bardzo ważne. I relacja ze wspólnikiem jest takim przykładem. Sztuką jest rozejść się z klasą i jednocześnie poczuciem, że nie doszło do krzywdy po żadnej ze stron. Bo consensus jest sztuką samą w sobie. Trzeba biznesowej dojrzałości, aby pewne rzeczy zrozumieć. 

Na poparcie tej opinii przytoczę przypadek, który miałam okazję prowadzić minionej jesieni. Sprawa dotyczyła rozejścia się wspólników. Wydawała się prosta, tylko niepotrzebnie podszyta emocjami. Tak przynajmniej wynikało z relacji klienta. 

No dobrze, zbadaliśmy sytuację spółki i okazało się jaka ta sprawa jest na prawdę. Po krótkiej analizie wyszło, że nasz klient jest w głębokim lesie (chociaż nasuwa mi się tutaj zgoła inne sformułowanie)! Podatki niezapłacone, deklaracje niezłożone, spółka kompletnie nierozliczona, a wspólnicy postanowili się pokłócić i rozejść. 

W sytuacji kompletnej zależności od siebie wzajemnie, dwóch wspólników postanowiło zmówić się względem trzeciego i podziękować mu za współpracę. Nie zdając sobie sprawy z zawiłości prawno-podatkowych spółki spowodowali kompletny impas oraz wzajemną blokadę. Należy wspomnieć, że rozmowy w sprawie rozejścia się zostały zainicjowane w sytuacji, gdy w rękach niechcianego wspólnika było prawo weta dla każdej czynności spółki (zgodnie z umową spółki wymagana była jednomyślność wspólników dla każdej z uchwał). Stawiając drugą stronę w takiej pozycji trudno się dziwić, że rozmowy w sprawie rozejścia się polubownego lub też wrogiego przejęcia spółki są trudne i przyjmują dynamicznie co raz to nowe scenariusze, z których każdy obarczony jest istotnym ryzykiem dla wszystkich stron. A najbardziej dla tych, którzy chcieli nadal utrzymać ciągłość prowadzenia biznesu. 

W dodatku mowa jest tu o spółce realizującej usługi, która jest tyle warta ile warty jest jej zespół i relacje z klientami. Można oczywiście odejść i postawić biznes na nowo. Wydaje się to prostym rozwiązaniem. Niespodzianka, jak pozostawić spółkę, w której świadomie/czy nie przez kilka lat dokonywano się nieudokumentowanych wypłat dochodów lub spektakularnych wydatków np. na luksusowe produkty dla każdego ze wspólników i inne temu podobne zakupy. Rzecz jasna po to zarabiamy pieniądze, aby móc z nich korzystać. Zdrowy rozsądek, obok przepisów podatkowych nakazuje, aby korzyści osobiste jakie czerpiemy z biznesu poprzedzone były ich zadeklarowaniem oraz opłaceniem podatku od pozyskanych ze spółki dochodów. Odpowiednio prowadzona księgowość nie dopuściłaby nieudokumentowanych i nieuzasadnionych przedmiotem działalności wypływów. Tutaj wspólnicy wzajemnie dopuszczali takie wydatki, gdyż w najlepsze dokonywali tych wydatków wspólnie.

Można się przecież spodziewać, że tak daleko posunięta beztroska skończy się bolesnym rozczarowaniem… . Szczególnie w sytuacji niefortunnie złożonej propozycji rozstania prowadzonej bez należytego przygotowania. Nastąpiło dokładnie to czego można było się spodziewać… Wspólnik zdenerwował się podejściem swoich partnerów biznesowych i postanowił wymierzyć wszystkie armaty. Zaczęło się przejmowanie rachunków, haseł do kont, zawiadomienia do ZUS (pytanie czy tylko, nie wiemy co jeszcze wypłynie…). Druga strona zaatakowała analizą przesłanek odpowiedzialności karnej w kontekście narażenia danych poufnych (RODO), przejęciem biura i pracowników oraz zarzutem o podłożu mobbingu pracowniczego. Zabawa na całego. Gdyby nie to, że obie strony przypłaciły to zdrowiem, wyczerpaniem emocjonalnym. Ucierpiał na tym zarówno biznes, jak i ludzie oraz ich rodziny.  

Dlaczego? Odpowiedzmy sobie, o co tak naprawdę chodziło. Widzę tutaj dwa aspekty

Aspekt moralny, którego nie sposób pominąć. I przy nim bym się zatrzymała. Coś tutaj istotnie zostało zgubione. Tylko co? Czego wyrazem była beztroska i oczekiwanie kompletnej bezkarności w kontekście braku wzajemnej lojalności i uczciwości względem siebie w biznesie. Jestem głęboko przekonana, że polubowne rozejście z poszanowaniem każdej ze stron jest jedynym, właściwym rozwiązaniem. Nie ma innego. Każdy spór powoduje koszty nie tylko materialne, ale też biznesowe oraz emocjonalne. Wyłączenie z biznesu na kilka miesięcy, paraliż formalny prowadzonej działalności gospodarczej to niepowetowane wymierne straty zarówno w płynności firmy jak i jej wizerunku. 

Aspekt formalny, który jest istotny, ale w mojej ocenie wtórny. Jeśli chcemy przeprowadzać jakiekolwiek rozmowy z kontrahentami, które miałyby prowadzić do zamknięcia pewnego etapu biznesu, to się na nie przygotujmy! Również od strony prawnej. Tylko tu się koło zamyka. Jeśli na co dzień nie korzystamy z obsługi prawnej i jakoś idzie, to skąd mamy wiedzieć, że prawnik jednak będzie nam potrzebny. No bo jeśli podstawową (czytaj: jedyną) obsługę prawną wykonuje biuro księgowe. No i akceptujemy sporadyczne wypłaty ze spółki (co nie przeszkadza, aby były one częste i sześciocyfrowe) uznając, że kiedyś się je posprząta. To zgodnie z zasadą: dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie – posprząta się, jak będziemy zgodni. Co jeśli wspólnicy z jakiś powodów się pokłócą? To się już nie posprząta. 

Czynności, które wymagały nakładów nieznacznej asysty prawnika lub doradcy podatkowego na etapie bieżącego życia spółki mogą przerodzić się w zarzewie istotnego konfliktu wspólników, który następnie skutkuje donosem do urzędu skarbowego oraz potencjalną odpowiedzialną karną. Takie podłoże konfliktu wspólników oczywiście przekłada się na pierwszoplanowe sprawy, czyli rozliczenie wspólników oraz ich biznesowe rozejście. Jak można sobie wyobrazić, wobec wzajemnych gróźb, sprawa polubownego wyjścia z takiej spółki nie jest możliwa. A jeśli to tylko w przypadku naprawdę istotnych nakładów pracy. Wsparcia profesjonalnych negocjatorów i ogromnych kosztów z tym związanych. Wchodzi tu czysta kalkulacja co nam, jako przedsiębiorcy się bardziej opłaca.

Wniosek, nie bądźmy lekkomyślni. Bądźmy ostrożni. Jeśli nie z pobudek moralnych, to ze zwykłego pragmatyzmu. Doceńmy przeciwnika zawczasu, niż mielibyśmy się gorzko rozczarować. Jeśli jesteśmy profesjonalistami w naszym fachu, to przyznajmy, że dobry doradca (prawnik, negocjator) jest profesjonalny w swoim fachu i powierzmy mu, jeśli nie bieżące wsparcie w biznesie, to przynajmniej przygotowanie strategii rozmów ze wspólnikami zanim zrobimy jakikolwiek krok. 

W przedstawionym przypadku sporu wspólników zabrakło obu elementów. Wzajemnego szacunku oraz należytego przygotowania wspólników do planowanych czynności. Każdy z nich mógł zapewnić profesjonalne rozejście się stron bez tak znacznych nakładów jakie finalnie obie strony musiały ponieść zarówno psychicznych i finansowych. Uważam, że od przyjętej właściwej strategii ważniejszy jest szacunek i moralny wymiar relacji w biznesie. Tego z pewnością tutaj zabrakło. Podczas zastanego sporu pozostało nam jedynie zająć pozycję określenia mniejszego zła i doprowadzić strony do porozumienia, w którym każdy ze wspólników nie będzie miał na karku obciążeń dalece niefrasobliwego prowadzenia biznesu.

Pozostaje tylko refleksja, czy bohaterowie tego zamieszania wyciągnęli wnioski z lekcji jaką sobie zgotowali. Czy taka lekcja pokory czegoś ich nauczyła?

Czas pokazał, że niestety nie. W profesjonalnym życiu doradcy czasem trzeba liczyć się z sytuacją, gdzie prawdomówność, lojalność, honor trzeba między bajki włożyć. A wtedy należy pamiętać, że jest się takim samym partnerem biznesowym naszego klienta, jak jego były wspólnik. 

…. wybieram jednak wpojone mi zasady….